wtorek, 14 kwietnia 2020

Balkon, kiedyś okno na sport, dzisiaj na… muzykę



- Siedziałam w swoim pokoju, czytałam Vargasa i nagle usłyszałam jakiś śpiew z ulicy. Z początku wydawało mi się to normalne, bo to Hiszpania. Ludzie lubią tutaj śpiewać i robią to bardzo często. Po chwili jednak te śpiewy zaczęły być bardziej donośne i usłyszałam gitarę – mówi Natalia, polska studentka z Berlina, która aktualnie studiuje w Valencii.

Zanim przedstawię Wam to, jak balkonowe granie wygląda w Hiszpanii, chciałbym puścić oczko do osób, których serca są bliższe sportowi niż muzyce. Jeśli chodziliście na mecze na początku XXI wieku, to na pewno zdarzyło Wam się zwrócić uwagę na to, w jakim miejscu położona jest dana arena sportowa. Jak dobrze wiecie, kiedyś stadiony nie były budowane na obrzeżach, a w centrach miast. Mogę się zatem założyć, że spoglądaliście z zazdrością na ludzi, którzy w krótkich spodenkach, z piwem w ręku wychodzili na balkon i całkowicie za darmo oglądali sobie „na żywo” zawody sportowe.



Trochę zgryźliwie napiszę Wam, że z drugiej strony to też wygląda rewelacyjnie. Byłem tym szczęśliwcem i właśnie w taki sposób oglądałem mecze żużlowe Startu Gniezno. Być może za często się to nie zdarzało, bo na co dzień w Gnieźnie nie mieszkam i w pierwszej stolicy Polski jestem raczej tylko u babci na wakacjach, ale gdy miałem więcej czasu wolnego, wybierałem się tam i oglądałem mecze z tej niecodziennej perspektywy.

To oglądanie meczów właściwie zawsze sprawiało, że lepiej się w tym Gnieźnie się czułem. W dziecięcych latach, gdy rodzice zostawiali mnie u babci na wakacje, żużel był taką rozrywką, na którą czekałem cały tydzień. Nie oszukujmy się, Gniezno jest ciekawym miastem do zwiedzania na dwa/trzy razy, a rozmowy z babcią też po jakimś czasie przestają być pasjonujące. Te dwie godziny z żużlem były więc takim kompletnym odcięciem się od rzeczywistości, a balkon swoistym oknem na świat, rozrywkę i nowe, nieprzewidywalne torowe zdarzenia.



W dobie koronawirusa wspomniany balkon stał się luksusem, który każdy chciałby w swoim mieszkaniu mieć. Nikt już chyba nie orientuje się w tym, jak wyglądają przepisy dotyczące spacerów, biegania czy jazdy na rowerze. Wyjścia na balkon nikt nikomu jednak nie zabroni i czuję, że niebawem, gdy na dworze zrobi się cieplej, po sieci będą krążyć zdjęcia całych osiedli, na których widać ludzi opalających się na balkonach.

Balkony w obecnych czasach zbliżyły do siebie ludzi. Zaczęliśmy być niczym dzieci z amerykańskich filmów, które, gdy nie mogły spotkać się z przyjacielem z sąsiedztwa, umawiały się z nim na nocne szeptanie przez okno. Muszę Wam powiedzieć, że najwspanialsze wykorzystanie balkonów widać jednak we Włoszech i Hiszpanii, a więc w krajach najbardziej dotkniętych pandemią.



Napisałem widzę, dlatego, że sytuację z Hiszpanii obserwuję poniekąd oczami mojej bliskiej znajomej. Natalia od trzech lat studiuje poza Polską. Przez 2.5 roku uczyła się w Berlinie, a ostatnio wyjechała na Erasmusa do Valencii. Stwierdziła, że Hiszpania podoba jej się tak bardzo, że zmienia Uniwersytet i studia dokończy nad Morzem Śródziemnym.

- W Valencii poczułam, że to jest miejsce, w którym chcę spędzić sporą część swojego życia. Z Polski chciałam się jak najszybciej wynieść, Berlin zniechęcił mnie już po miesiącu. Tutaj poczułam swojego ducha. Wspaniałe poczucie humoru, ludzie bardzo towarzyscy, kochający się, pomocni. Miałam wrażenie, że do życia w takim mieście właśnie zostałam stworzona – opowiada Natalia.

Ostatnie wydarzenia spowodowały jednak, że Natalia znów zaczęła się zastanawiać nad tym, czy Valencia faktycznie jest tym jednym miejscem. Kolejne statystyki dotyczące epidemii nakłaniały do rychłego powrotu do niezbyt miło wspominanego domu rodzinnego.

- Cała ta sprawa z koronawirusem sprawiła jednak, że zaczęłam mieć wrażenie, że mam zwyczajnego pecha. Wszędzie, gdzie się nie pojawię, dzieje się coś, co mnie od danego miasta odrzuca. W momencie, gdy wydawało mi się, że znalazłam idealne miejsce do życia, Hiszpania stała się jednym z państw, które najgorzej przechodzą koronawirusa – kontynuuje.

Od myśli o powrocie odciągnęli Natalię ludzie i… jej balkon. To właśnie ten niewielki, z tego co wiem o wielkości 2x2 metry, balkon stał się miejscem spotkań z ludźmi i sceną wspólnego muzykowania.

- W przeciwieństwie do innych miast, tutaj jednak błyskawicznie dostałam znak, że warto nie uciekać i dać tej Valencii szansę. Stało się tak właśnie podczas pierwszego z moich balkonowych, muzycznych wieczorów. Siedziałam w swoim pokoju, czytałam Vargasa i nagle usłyszałam jakiś śpiew z ulicy. Z początku wydawało mi się to normalne, bo to Hiszpania. Ludzie lubią tutaj śpiewać i robią to bardzo często. Po chwili jednak te śpiewy zaczęły być bardziej donośne i usłyszałam gitarę. Wyszłam na balkon i zobaczyłem kilkadziesiąt ludzi uśmiechniętych od ucha do ucha śpiewających któryś z hiszpańskich utworów – zdradza z uśmiechem moja znajoma.

- Z racji tego, że większość tego osiedla to studenci, po chwili zdecydowano, że zaśpiewamy utwory znane na całym świecie. Było kilka piosenek Oasis, trochę Queen, na pewno coś Michaela Jacksona. Popłynęły łzy, było wzruszenie i przede wszystkim nadzieja, że jednak razem jakoś możemy się w trakcie tej izolacji zbliżyć. Teraz spotykamy się każdego wieczora i umilamy sobie ten czas. Mam wrażenie, że wszyscy czekają na ten moment, kiedy wyjdziemy i pośpiewamy – kończy opowieść studentka.

Historia Natalii pokazuje, że nadzieję mogą nam dać takie rzeczy i miejsca, o których w takim kontekście nigdy byśmy wcześniej nie pomyśleli. Balkony zawsze były raczej miejscem, gdzie osoby z bloków mogły pielęgnować swoje rośliny bądź wychodzić na papierosa. Teraz stały się miejscami, powodującymi uśmiechy na twarzach i sprawiającymi, że żyje kultura. Z opowieściami Natalii i moimi wspomnieniami z dzieciństwa Was dzisiaj zostawiam. Poszukajcie nadziei i rozrywki w takim właśnie niepozornym miejscu, które wcześniej było dla Was takim o, zwykłym życiowym dodatkiem.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz