- Siedziałam w swoim
pokoju, czytałam Vargasa i nagle usłyszałam jakiś śpiew z ulicy. Z początku
wydawało mi się to normalne, bo to Hiszpania. Ludzie lubią tutaj śpiewać i
robią to bardzo często. Po chwili jednak te śpiewy zaczęły być bardziej donośne
i usłyszałam gitarę – mówi Natalia,
polska studentka z Berlina, która aktualnie studiuje w Valencii.
Zanim przedstawię Wam to, jak balkonowe granie wygląda w
Hiszpanii, chciałbym puścić oczko do osób, których serca są bliższe sportowi
niż muzyce. Jeśli chodziliście na mecze na początku XXI wieku, to na pewno zdarzyło
Wam się zwrócić uwagę na to, w jakim miejscu położona jest dana arena sportowa.
Jak dobrze wiecie, kiedyś stadiony nie były budowane na obrzeżach, a w centrach
miast. Mogę się zatem założyć, że spoglądaliście z zazdrością na ludzi, którzy
w krótkich spodenkach, z piwem w ręku wychodzili na balkon i całkowicie za
darmo oglądali sobie „na żywo” zawody sportowe.
Trochę zgryźliwie napiszę Wam, że z drugiej strony to też
wygląda rewelacyjnie. Byłem tym szczęśliwcem i właśnie w taki sposób oglądałem
mecze żużlowe Startu Gniezno. Być może za często się to nie zdarzało, bo na co
dzień w Gnieźnie nie mieszkam i w pierwszej stolicy Polski jestem raczej tylko
u babci na wakacjach, ale gdy miałem więcej czasu wolnego, wybierałem się tam i
oglądałem mecze z tej niecodziennej perspektywy.
To oglądanie meczów właściwie zawsze sprawiało, że lepiej
się w tym Gnieźnie się czułem. W dziecięcych latach, gdy rodzice zostawiali
mnie u babci na wakacje, żużel był taką rozrywką, na którą czekałem cały
tydzień. Nie oszukujmy się, Gniezno jest ciekawym miastem do zwiedzania na dwa/trzy
razy, a rozmowy z babcią też po jakimś czasie przestają być pasjonujące. Te
dwie godziny z żużlem były więc takim kompletnym odcięciem się od rzeczywistości,
a balkon swoistym oknem na świat, rozrywkę i nowe, nieprzewidywalne torowe
zdarzenia.
W dobie koronawirusa wspomniany balkon stał się luksusem,
który każdy chciałby w swoim mieszkaniu mieć. Nikt już chyba nie orientuje się
w tym, jak wyglądają przepisy dotyczące spacerów, biegania czy jazdy na
rowerze. Wyjścia na balkon nikt nikomu jednak nie zabroni i czuję, że niebawem,
gdy na dworze zrobi się cieplej, po sieci będą krążyć zdjęcia całych osiedli,
na których widać ludzi opalających się na balkonach.
Balkony w obecnych czasach zbliżyły do siebie ludzi. Zaczęliśmy
być niczym dzieci z amerykańskich filmów, które, gdy nie mogły spotkać się z
przyjacielem z sąsiedztwa, umawiały się z nim na nocne szeptanie przez okno.
Muszę Wam powiedzieć, że najwspanialsze wykorzystanie balkonów widać
jednak we Włoszech i Hiszpanii, a więc w krajach najbardziej dotkniętych
pandemią.
Napisałem widzę, dlatego, że sytuację z Hiszpanii obserwuję
poniekąd oczami mojej bliskiej znajomej. Natalia od trzech lat studiuje poza
Polską. Przez 2.5 roku uczyła się w Berlinie, a ostatnio wyjechała na Erasmusa do
Valencii. Stwierdziła, że Hiszpania podoba jej się tak bardzo, że zmienia
Uniwersytet i studia dokończy nad Morzem Śródziemnym.
- W Valencii poczułam, że to jest miejsce, w którym chcę
spędzić sporą część swojego życia. Z Polski chciałam się jak najszybciej
wynieść, Berlin zniechęcił mnie już po miesiącu. Tutaj poczułam swojego ducha. Wspaniałe
poczucie humoru, ludzie bardzo towarzyscy, kochający się, pomocni. Miałam wrażenie,
że do życia w takim mieście właśnie zostałam stworzona – opowiada Natalia.
Ostatnie wydarzenia spowodowały jednak, że Natalia znów
zaczęła się zastanawiać nad tym, czy Valencia faktycznie jest tym jednym
miejscem. Kolejne statystyki dotyczące epidemii nakłaniały do rychłego powrotu
do niezbyt miło wspominanego domu rodzinnego.
- Cała ta sprawa z koronawirusem sprawiła jednak, że zaczęłam
mieć wrażenie, że mam zwyczajnego pecha. Wszędzie, gdzie się nie pojawię, dzieje
się coś, co mnie od danego miasta odrzuca. W momencie, gdy wydawało mi się, że
znalazłam idealne miejsce do życia, Hiszpania stała się jednym z państw, które
najgorzej przechodzą koronawirusa – kontynuuje.
Od myśli o powrocie odciągnęli Natalię ludzie i… jej balkon.
To właśnie ten niewielki, z tego co wiem o wielkości 2x2 metry, balkon stał się
miejscem spotkań z ludźmi i sceną wspólnego muzykowania.
- W przeciwieństwie do innych miast, tutaj jednak
błyskawicznie dostałam znak, że warto nie uciekać i dać tej Valencii szansę. Stało
się tak właśnie podczas pierwszego z moich balkonowych, muzycznych wieczorów.
Siedziałam w swoim pokoju, czytałam Vargasa i nagle usłyszałam jakiś śpiew z
ulicy. Z początku wydawało mi się to normalne, bo to Hiszpania. Ludzie lubią
tutaj śpiewać i robią to bardzo często. Po chwili jednak te śpiewy zaczęły być
bardziej donośne i usłyszałam gitarę. Wyszłam na balkon i zobaczyłem
kilkadziesiąt ludzi uśmiechniętych od ucha do ucha śpiewających któryś z
hiszpańskich utworów – zdradza z uśmiechem moja znajoma.
- Z racji tego, że większość tego osiedla to studenci, po
chwili zdecydowano, że zaśpiewamy utwory znane na całym świecie. Było kilka
piosenek Oasis, trochę Queen, na pewno coś Michaela Jacksona. Popłynęły łzy,
było wzruszenie i przede wszystkim nadzieja, że jednak razem jakoś możemy się w
trakcie tej izolacji zbliżyć. Teraz spotykamy się każdego wieczora i umilamy
sobie ten czas. Mam wrażenie, że wszyscy czekają na ten moment, kiedy wyjdziemy
i pośpiewamy – kończy opowieść studentka.
Historia Natalii pokazuje, że nadzieję mogą nam dać takie
rzeczy i miejsca, o których w takim kontekście nigdy byśmy wcześniej nie
pomyśleli. Balkony zawsze były raczej miejscem, gdzie osoby z bloków mogły
pielęgnować swoje rośliny bądź wychodzić na papierosa. Teraz stały się miejscami,
powodującymi uśmiechy na twarzach i sprawiającymi, że żyje kultura. Z opowieściami Natalii i moimi wspomnieniami z dzieciństwa Was dzisiaj zostawiam. Poszukajcie nadziei i rozrywki w takim właśnie niepozornym
miejscu, które wcześniej było dla Was takim o, zwykłym życiowym dodatkiem.



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz