piątek, 12 czerwca 2020

Sport znów zarabia, a muzyka… bardzo by chciała


Pieniądze, pieniądze, pieniądze. Można powiedzieć, że o ile w normalnych warunkach temat pieniędzy był męczący, tak w dobie koronawirusa jest on zadręczający. O finansach, mimo tego, iż one nużą i często przyprawiają o dreszcze, trzeba jednak rozmawiać. Czy tego chcemy czy nie to jeden z najbardziej kluczowych elementów życia. Także życia naszych ulubieńców.


Jak dobrze wiecie, uwielbiam poruszać w swoich tekstach tematy dotyczące zarówno muzyki, jak i sportu. Dziś znów będę porównywał branżę sportową z muzyczną i myślę, że w kwestii obecnej sytuacji takie porównanie jest bardzo zasadne. Przyjrzyjmy się zatem temu, jak obie dziedziny, bądź co bądź, rozrywki wyglądają po trzech miesiącach od wybuchu pandemii koronawirusa.

Co tu dużo mówić, sport wraca do życia. W chwili pisania tego tekstu wystartowała już piłkarska PKO Ekstraklasa oraz żużlowa PGE Ekstraliga. Oczywiście, na związki, kluby i samych zawodników wylewa się mnóstwo krytyki. Związki są krytykowane za to, iż tylko 25% kibiców może pojawiać się na stadionach czy za to, że wprowadzają irracjonalne przepisy dotyczące bezpieczeństwa zawodników (chociażby komicznie wyglądające wywiady pomeczowe, gdy dziennikarze stoją 2 metry od zawodników). Kluby krytykuje się za drastyczne obcięcia pensji piłkarzom czy żużlowcom. Sami zawodnicy zaś są obrażani za swoją zbyt roszczeniową postawę i formę po przerwie od rozgrywek.


Oczywiście, do wielu aspektów można się przyczepić, co więcej, przyczepić się trzeba. Ważne jest jednak to, że w kontekście sportu można w ogóle cokolwiek krytykować. Sport, w bardziej bądź mniej przystępnym formacie wraca do kibiców. Najbardziej kluczowe jest to, że na tym sporcie można zarabiać. Kluby ogłaszają nowych sponsorów, do życia wracają firmy bukmacherskie. Dzięki temu pracę mają nie tylko zawodnicy czy trenerzy, ale też panie księgowe w klubie czy osoby przygotowujące murawę na poszczególne rozgrywki.
Spójrzmy teraz na naszą drugą dziedzinę. W przypadku muzyki chcielibyśmy mieć takie problemy. Fani Dawida Podsiadło czy Darii Zawiałow chcieliby narzekać, że na koncert może wejść tylko 5 tysięcy widzów, a nie 15 tysięcy czy pełny stadion. Chcielibyśmy pójść na wydarzenie muzyczne w przyłbicy, maseczce czy rękawiczkach.

Po tych trzech miesiącach widzimy, że pomysł z przeniesieniem koncertowania do sieci nie wypalił. To było ciekawe rozwiązanie, ale na jeden czy dwa koncerty. Z czasem wszystko stało się schematyczne i przestało przyciągać widownie. Początkowe sukcesy takich występów brały się głównie z ciekawości widzów. Zastanawiano się, czy dany muzyk poradzi sobie w nowych warunkach oraz, czy taka transmisja może zastąpić przeżycia koncertowe. Wielkich profitów z takich koncertów jednak nie było. Przemysł wydawniczy i streamingowy również nie osiągnął takich wzrostów, których pierwotnie oczekiwano.

Obawiam się więc, że muzyce na dłuższą metę nie pomoże żadna kolejna, wątpliwej jakości tarcza. 60 milionów przyznane w ramach programu „Kultura w sieci” to doraźne załagodzenie problemu. Nie mamy jeszcze takich warunków, i trudno się spodziewać, że w najbliższym czasie one się pojawią, aby przenieść cały biznes muzyczny do sieci. Najważniejszym elementem jest powrót muzyków do koncertowania.

Sport pokazał, że można to zrobić. Stworzyć chociażby namiastkę tego, co było wcześniej. Wymaga to jednak opracowania niezbędnych procedur. Fani, podobnie jak kibice, byliby zobowiązani (i z tego rozliczani) do odpowiedzialnego zachowania na arenach. Pilnowano by odpowiedniego wejścia do sal, hal czy na stadiony. Odgradzano by miejsca na arenach, a także kazano przychodzić w odpowiednim zabezpieczeniu. Wtedy mielibyśmy sytuację podobną, jak w sporcie. Koncerty nie byłyby czymś takim jak wcześniej, ale w jakimś stopniu wróciłyby do życia. I zaczęły zarabiać na muzyków.

Co ważne, wśród muzyków widać już dużą chęć do rozmyślnego opanowania tej sytuacji. Coraz więcej muzyków dołącza do akcji OK!, czyli Otwieramy Koncerty! Artyści podkreślają, że skoro dało się wypracować zasady powrotu kibiców na trybuny, to można zrobić to samo w przypadku słuchaczy. Niech ta inicjatywa się rozwija i robi coraz głośniejsza. Koniec siedzenia i czekania, że może ktoś to załatwi za nas.

Czego zatem brakuje muzyce w tych wszystkich sprawach? Wydaje mi się, że takiego sportowego Zbigniewa Bońka, prezesa PZPN. Kogoś, kto poszedłby do rządu i powiedział: Musimy grać i koniec. Będziemy współpracować, zapewnimy wszelkie możliwe środki ostrożności, ale musimy wrócić, bo zaraz wszyscy padniemy z braku pieniędzy. Braku możliwości pracy i dalszego rozwoju.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz