Pieniądze, pieniądze,
pieniądze. Można powiedzieć, że o ile w normalnych warunkach temat pieniędzy
był męczący, tak w dobie koronawirusa jest on zadręczający. O finansach, mimo
tego, iż one nużą i często przyprawiają o dreszcze, trzeba jednak rozmawiać.
Czy tego chcemy czy nie to jeden z najbardziej kluczowych elementów życia.
Także życia naszych ulubieńców.
Jak dobrze wiecie, uwielbiam poruszać w swoich tekstach
tematy dotyczące zarówno muzyki, jak i sportu. Dziś znów będę porównywał branżę
sportową z muzyczną i myślę, że w kwestii obecnej sytuacji takie porównanie jest
bardzo zasadne. Przyjrzyjmy się zatem temu, jak obie dziedziny, bądź co bądź,
rozrywki wyglądają po trzech miesiącach od wybuchu pandemii koronawirusa.
Co tu dużo mówić, sport wraca do życia. W chwili pisania tego
tekstu wystartowała już piłkarska PKO Ekstraklasa oraz żużlowa PGE Ekstraliga.
Oczywiście, na związki, kluby i samych zawodników wylewa się mnóstwo krytyki.
Związki są krytykowane za to, iż tylko 25% kibiców może pojawiać się na
stadionach czy za to, że wprowadzają irracjonalne przepisy dotyczące
bezpieczeństwa zawodników (chociażby komicznie wyglądające wywiady pomeczowe,
gdy dziennikarze stoją 2 metry od zawodników). Kluby krytykuje się za
drastyczne obcięcia pensji piłkarzom czy żużlowcom. Sami zawodnicy zaś są
obrażani za swoją zbyt roszczeniową postawę i formę po przerwie od rozgrywek.
Oczywiście, do wielu aspektów można się przyczepić, co
więcej, przyczepić się trzeba. Ważne jest jednak to, że w kontekście sportu można
w ogóle cokolwiek krytykować. Sport, w bardziej bądź mniej przystępnym formacie
wraca do kibiców. Najbardziej kluczowe jest to, że na tym sporcie można
zarabiać. Kluby ogłaszają nowych sponsorów, do życia wracają firmy
bukmacherskie. Dzięki temu pracę mają nie tylko zawodnicy czy trenerzy, ale też
panie księgowe w klubie czy osoby przygotowujące murawę na poszczególne rozgrywki.
Spójrzmy teraz na naszą drugą dziedzinę. W przypadku muzyki
chcielibyśmy mieć takie problemy. Fani Dawida Podsiadło czy Darii Zawiałow
chcieliby narzekać, że na koncert może wejść tylko 5 tysięcy widzów, a nie 15
tysięcy czy pełny stadion. Chcielibyśmy pójść na wydarzenie muzyczne w
przyłbicy, maseczce czy rękawiczkach.
Po tych trzech miesiącach widzimy, że pomysł z
przeniesieniem koncertowania do sieci nie wypalił. To było ciekawe rozwiązanie,
ale na jeden czy dwa koncerty. Z czasem wszystko stało się schematyczne i
przestało przyciągać widownie. Początkowe sukcesy takich występów brały się
głównie z ciekawości widzów. Zastanawiano się, czy dany muzyk poradzi sobie w
nowych warunkach oraz, czy taka transmisja może zastąpić przeżycia koncertowe. Wielkich
profitów z takich koncertów jednak nie było. Przemysł wydawniczy i streamingowy
również nie osiągnął takich wzrostów, których pierwotnie oczekiwano.
Obawiam się więc, że muzyce na dłuższą metę nie pomoże żadna
kolejna, wątpliwej jakości tarcza. 60 milionów przyznane w ramach programu „Kultura
w sieci” to doraźne załagodzenie problemu. Nie mamy jeszcze takich warunków, i trudno
się spodziewać, że w najbliższym czasie one się pojawią, aby przenieść cały
biznes muzyczny do sieci. Najważniejszym elementem jest powrót muzyków do
koncertowania.
Sport pokazał, że można to zrobić. Stworzyć chociażby
namiastkę tego, co było wcześniej. Wymaga to jednak opracowania niezbędnych
procedur. Fani, podobnie jak kibice, byliby zobowiązani (i z tego rozliczani)
do odpowiedzialnego zachowania na arenach. Pilnowano by odpowiedniego wejścia
do sal, hal czy na stadiony. Odgradzano by miejsca na arenach, a także kazano przychodzić
w odpowiednim zabezpieczeniu. Wtedy mielibyśmy sytuację podobną, jak w sporcie.
Koncerty nie byłyby czymś takim jak wcześniej, ale w jakimś stopniu wróciłyby
do życia. I zaczęły zarabiać na muzyków.
Co ważne, wśród muzyków widać już dużą chęć do rozmyślnego
opanowania tej sytuacji. Coraz więcej muzyków dołącza do akcji OK!, czyli
Otwieramy Koncerty! Artyści podkreślają, że skoro dało się wypracować zasady
powrotu kibiców na trybuny, to można zrobić to samo w przypadku słuchaczy.
Niech ta inicjatywa się rozwija i robi coraz głośniejsza. Koniec siedzenia i
czekania, że może ktoś to załatwi za nas.
Czego zatem brakuje muzyce w tych wszystkich sprawach?
Wydaje mi się, że takiego sportowego Zbigniewa Bońka, prezesa PZPN. Kogoś, kto
poszedłby do rządu i powiedział: Musimy grać i koniec. Będziemy współpracować,
zapewnimy wszelkie możliwe środki ostrożności, ale musimy wrócić, bo zaraz
wszyscy padniemy z braku pieniędzy. Braku możliwości pracy i dalszego rozwoju.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz